Aneta Fornalik, adwokat MPA
Są zdania, które w życiu prywatnym mogą być całkiem niewinne. Bo czasem rzeczywiście jakoś to będzie. W administracji publicznej to samo zdanie może jednak okazać się wyjątkowo kosztowne. W relacji z urzędem „jakoś to będzie” bardzo często oznacza: nie przeczytam pisma dokładnie, nie sprawdzę terminu, nie odbiorę korespondencji, nie zapytam co mam zrobić, a jeśli okaże się, że coś jest nie tak, będę reagował później. I właśnie to „później” bywa problemem. Prawo, w tym administracyjne, ma bowiem jedną cechę, o której warto pamiętać nawet wtedy, gdy na co dzień nie mamy z nim nic wspólnego: czas ma znaczenie prawne.
To prawdopodobnie najczęstsza wersja administracyjnego „jakoś to będzie”. W skrzynce pojawia się list polecony. Albo elektroniczne zawiadomienie. Albo awizo. Wiemy, że to urząd, więc przez chwilę patrzymy na kopertę z niepokojem, po czym odkładamy ją na stos dokumentów. Do jutra, często dalej niż rzeczywiście do jutra…
Okazuje się, że sprawa nie zaczęła się wtedy, kiedy znaleźliśmy czas na jej analizuję, przeczytanie pisma. Z punktu widzenia prawa istotne może być wcześniejsze doręczenie pisma albo moment, w którym zgodnie z przepisami uznano je za doręczone. To zasadnicza różnica.
Obywatel często myśli o piśmie tak: „dopóki go nie przeczytam, sprawa mnie nie dotyczy”.
Prawo może patrzeć na to zupełnie inaczej: skoro pismo zostało skutecznie doręczone, określone skutki już nastąpiły. Liczy się moment, w którym ktoś miał możliwość zapoznania się z pismem, a nie sam fakt zapoznania się z pismem… I właśnie tutaj zaczyna się problem z terminami.
Prawo administracyjne jest bogate w terminy. Na wniesienie odwołania. Na dokonanie określonej czynności. Na uzupełnienie braków. Na przedstawienie dokumentów. Oczywiście przepisy przewidują różne sytuacje, w których termin może zostać przywrócony albo czynność może zostać dokonana skutecznie mimo pewnych komplikacji. Ale nie powinno się budować swojej strategii procesowej na założeniu, że wszystko da się odkręcić. W praktyce sytuacje, w których dochodzi o przywrócenia terminu na dokonanie określonej czynności występują bardzo rzadko.
W postępowaniu administracyjnym (ale nie tylko tym) trzeba więc wyrobić sobie jeden prosty odruch: jeżeli przychodzi pismo z urzędu, pierwszą rzeczą, którą sprawdzamy, jest nie to, czy zgadzamy się z jego treścią, ale co z niego rzeczywiście wynika i jakie terminy zaczynają biec. Dopiero później można zastanawiać się nad argumentacją.
To kolejna odmiana „jakoś to będzie”. Czasami obywatel jest przekonany, że skoro jego argumenty są oczywiste, urząd sam je dostrzeże. A skoro są dokumenty, zdjęcia, świadkowie albo wcześniejsza korespondencja, to przecież „wszystko jest w aktach”. Tyle że postępowanie administracyjne nie działa na zasadzie konkursu na najlepszą historię. Liczą się fakty i dowody, a zasada poszukiwania i ustalania prawdy obiektywnej nie zawsze jest przez organ realizowana…
Znaczenie mają przepisy, materiał dowodowy, stanowiska stron i sposób prowadzenia postępowania. Jeżeli określony fakt ma znaczenie dla sprawy, warto zadbać o to, żeby znalazł się w odpowiedni sposób i w odpowiednim czasie w postępowaniu. Nie wystarczy zawsze mieć rację. Trzeba jeszcze wiedzieć, jak tę rację przedstawić w procedurze.
Mimo, iż urzędnik też człowiek, to w pracy wciela się w rolę organu. A dla organu liczy się to, co wynika z przepisów i zgromadzonego materiału sprawy. To właśnie następnie znajduje odzwierciedlenie w uzasadnieniu rozstrzygnięcia.
To już wersja „jakoś to będzie” o znacznie wyższej cenie. Decyzja jest niekorzystna. Obywatel jest przekonany, że urząd i tak jej nie zmieni. Rezygnuje więc z odwołania. I czasami rzeczywiście jest to racjonalna decyzja. Problem pojawia się wtedy, gdy rezygnacja nie wynika z analizy sprawy, lecz ze zniechęcenia. Postępowanie administracyjne przewiduje środki zaskarżenia właśnie dlatego, że decyzja organu pierwszej instancji nie musi być ostatnim słowem w sprawie. Można kwestionować ustalenia, ocenę dowodów czy zastosowanie przepisów, oczywiście w granicach i na zasadach przewidzianych prawem.
Nie chodzi oczywiście o to, żeby od każdej decyzji odwoływać się automatycznie. Chodzi o to, żeby nie rezygnować z prawa do odwołania tylko dlatego, że nie chce nam się już zajmować sprawą.
Bo termin nie będzie czekał, aż wróci nam motywacja 😉
To z kolei jeden z najbardziej niebezpiecznych mitów. W codziennym języku „dostać list” oznacza zwykle fizycznie go otrzymać i przeczytać. W procedurze prawnej doręczenie jest pojęciem i faktem prawnym. Przepisy określają, w jaki sposób i kiedy pisma uważa się za doręczone. Istnieją również mechanizmy, które mają zapobiegać sytuacji, w której postępowanie można byłoby bez końca blokować poprzez samo nieodbieranie korespondencji.
Dlatego strategia „nie odbieram listów z urzędu i problem znika” jest wyjątkowo ryzykowna.
Problem nie znika. Czasami znika tylko poczucie, że problem istnieje. A kiedy sobie o nim przypomnimy, może być już znacznie trudniej zareagować.
Wbrew pozorom największym problemem w sprawach administracyjnych nie musi być nawet popełnienie błędu. Błędy się zdarzają. Można pomylić dokument, nie zrozumieć wezwania, źle policzyć termin. Czasami można taki błąd naprawić. Znacznie trudniejsza bywa sytuacja, w której ktoś przez długi czas nie podejmuje się żadnej aktywności: nie odpowiada na wezwanie, nie sprawdza akt, nie składa wyjaśnień, nie pyta o możliwość zapoznania się z materiałem, nie reaguje na decyzję, nie analizuje, czy przysługuje środek zaskarżenia.
Administracja nie jest jednak systemem, w którym ktoś zawsze będzie prowadził obywatela za rękę i przypominał mu o każdej możliwej konsekwencji. Organy mają określone obowiązki, ale również strona postępowania musi wykazywać określoną aktywność, jeśli chce skutecznie chronić swoje interesy.
To zawsze dobre rozwiązanie ;), ale odpowiedź tak na serio brzmi: nie. I to jest chyba najważniejsza rzecz, którą warto powiedzieć przy okazji tego tematu. Nie każda korespondencja z urzędu wymaga natychmiastowej konsultacji z kancelarią prawną. Czasami sprawa jest prosta, a pismo ma charakter czysto informacyjny. Ale istnieje bardzo dobra zasada praktyczna: im poważniejsze mogą być konsekwencje pisma, tym mniej miejsca powinno być na „jakoś to będzie”. Jeżeli w grę wchodzi duża inwestycja, nieruchomość, pozwolenie, kara administracyjna, istotny interes majątkowy albo decyzja, która może mieć długofalowe konsekwencje, warto przynajmniej ustalić, co dokładnie się dzieje. Jedna godzina konsultacji może czasami kosztować znacznie mniej niż próba naprawienia błędu po kilku miesiącach.

Klikając „Akceptuję cookies”, zgadzasz się na przechowywanie plików cookie na swoim urządzeniu w celu usprawnienia nawigacji w witrynie, analizy korzystania z witryny i pomocy w naszych działaniach marketingowych.